podróże i turystyka
 ° Forum ° Rejestracja ° Szukaj °
numizmatyka - 5 rubli ;'; remonty i aranżacje ;'; stacja transformatorowa ;';

Wspomnienia z Kairu-dzień 1 (długie)

Podróże / Wspomnienia z Kairu-dzień 1 (długie)
Autor Wiadomość
Corrina

Posted: 17 Paź 2003 07:04:54



Od kilku miesięcy obiecuję sobie zrobić porządną stronę o moich podróżach,
również o Egipcie, ale z czasem tak beznadziejnie, że do dziś nic nie
wyszło.. Dlatego postanowiłam wrzucić chwilowo na grupę.

Przepraszam, że "troszkę"" długie wyszło, ale krócej się nie dało :) Mam
nadzieję, że poczujecie choć trochę tamtego klimatu. Polecam wersję ze
zdjęciami:

http://republika.pl/corrina/cairo





Kair to dziwne miasto, pełne kontrastów, ale również wspaniałej atmosfery.
Wiele osób, które przyjeżdżają tam tylko na jeden dzień, mocno zniechęca i
odraża. To prawda-jest brudny, głośny, zatłoczony. Ale dzięki Bogu to nie
wszystko, co może pokazać. Moje 2 dni oczywiście też są niczym, bo umówmy
się, w tak krótkim czasie nie da się zobaczyć nic. Nie mam zielonego
pojęcia, dlaczego to miejsce jest takie fascynujące, może dlatego, że
kilkutysiącletnia kultura, której tak naprawdę nie rozumiemy, przeplata się
ze wszystkimi dobrami świata doczesnego, tak zupełnie innego od tego, co
znamy.
Najbardziej nie mogę odżałować, że tak naprawdę dopiero po powrocie
dowiaduję
się coraz to ciekawszych rzeczy o miejscach, w których mnie nie było, coś mi
się widzi, że jeszcze kiedyś się tam wybiorę. Tymczasem chcę wam przekazać
to, co w tak krótkim czasie udało mi się zobaczyć i czego z pewnością nie
zapomnę.





18.06.2003 środa



Pobudka w środku nocy, czyli o 2:00. Teoretycznie o 2:40 autokar ma nas
zabrać spod biura Ohod Tours znajdującego się niedaleko naszego hotelu,
dokładnie naprzeciwko Hor Palace. Odbieramy z recepcji pudełka ze śniadaniem
i pędzimy na miejsce zbiórki. Z naszego hotelu jedziemy tylko my. W recepcji
jest co prawda kilka osób, ale jadą chyba z rezydentem. Przed biurem Tigera
czekamy nieprzytomni kilkanaście minut zastanawiając się, czy autobus na
pewno po nas przyjedzie. W końcu oddychamy z ulgą, jest, zatrzymuje się pod
Hor Palce po drugiej stronie ulicy. Idziemy w jego kierunku, z autobusu
wysiada jakiś mężczyzna, pyta, czy my to my, wszystko się zgadza i nagle zza
autokaru wybiega jakiś typ, który po chwili zaczyna tłuc "naszego"
pięściami. Podbiega drugi, próbuje go odciągnąć, ale po chwili trwa już
prawdziwa bójka. Nie wiem już kto jest przeciwko komu, wiem tylko, że jest
ich kilku i tłuką naszego kierowcę. Przerażeni wsiadamy do autokaru.
Bijatyka trwa jeszcze chwilę i kończy się równie nagle, jak się zaczęła.

Zbieramy ludzi z kolejnych hoteli. Mamy już spore opóźnienie, bo autokar
zatrzymuje się jeszcze na kilka minut pod budynkiem policji turystycznej,
gdzie prawdopodobnie zgłoszono całe zajście.

Zanim dotrzemy do formującego się na przedmieściach Hurgady konwoju,
dowiadujemy się, że musimy zmienić autokar, bo w naszym zepsuła się
klimatyzacja, i że na miejscu zbiórki czeka już na nas nowy. To prawda.
Przesiadamy się sprawnie i około 4:00 konwój w końcu odjeżdża. Jest jeszcze
ciemno. Do wschodu słońca większość turystów śpi. A może raczej spać
próbuje, bo pomimo, iż każdy ma w posiadaniu 2 miejsca, nie jest zbyt
wygodnie.

Słońce wschodzi z morza czerwoną kulą. Jedziemy bardzo monotonną trasą - po
prawej morze, po lewej pustynia co jakiś czas zmieniająca się w góry.
Krajobraz księżycowy.

Krzyś nie czuje się dobrze, pechowo właśnie na wycieczkę dopadła go "zemsta
faraona". Po jakimś czasie zatrzymujemy się na pierwszą i jedyną przerwę.
Kawa, herbata, toaleta, śniadanie z hotelowych pudełek. Między 5:00 a 6:00
panuje miła temperatura, prawdopodobnie 20-kilka stopni.

Po 20 minutach wyruszamy w dalszą drogę. Krajobraz powoli się zmienia, ale
bywa, że na pustyni, która jeszcze przez jakiś czas nam towarzyszy,
dostrzegam kilka wraków czołgów.



PRZEDMIEŚCIA

W końcu koło 10:00 dojeżdżamy na przedmieścia Kairu. Najpierw obowiązkowy
policyjny punkt kontrolny, jakich w trasie widzieliśmy co najmniej kilka.
Wszystko to podobno dla naszego bezpieczeństwa. Można by pomyśleć, że
znajdujemy się w państwie policyjnym, umundurowani, uzbrojeni strażnicy i
policjanci są na każdym kroku. Tak jest od przewrotu ekstermistów islamskich
i zamachu terrorystycznego w Luksorze w 1997 roku, kiedy przed świątynią
Hatszepsut terroryści rozstrzelali kilkadziesiąt osób, w tym 58
zagranicznych turystów. Ale teraz jest zupełnie inaczej. Na pierwszy rzut
oka ta ciągła obecność uzbrojonych policjantów może powodować uczucie
strachu. Po krótkim czasie łatwo się jednak do niej przyzwyczaić i poczuć
naprawdę bezpiecznie. Takie właśnie uczucie towarzyszyło mi do końca naszego
pobytu w Egipcie.

Jedziemy obwodnicą, której Warszawa może Kairowi tylko pozazdrościć. Wzdłuż
4 pasmowej autostrady ciągnie się dziwne osiedle czerwonych, niedokończonych
domów. Po powrocie do Polski dowiaduję się od znajomego mieszkającego w
Kairze, że te budynki stoją tam w zasadzie nielegalnie, budowane są bez
żadnego planu zagospodarowania terenu, właściciele nie mają pozwolenia na
budowę. Domy są niedokończone, na ogół 2-3 piętrowe lub wyższe. Wystające z
dachów druty świadczą o tym, że kolejne piętra czekają na ożenek
najstarszego syna, potem kolejnego itd. Wtedy ojciec dobudowuje kolejne
piętra.

Powoli wyłaniają się dostrzegalnego już z daleka smogu wysokie wieżowce,
może nawet 20-piętrowe, wyglądające na gigantyczne slumsy. Domy są leciwe,
"obklejone" starymi klimatyzatorami, w niektórych oknach brak szyb, z innych
zwisa pranie. Dookoła jeden wielki śmietnik.

Kair wart jest ponad wszystko bacznej obserwacji, ponieważ to 12 milionowe
miasto, w którym mieszkać mogłaby 1/3 mieszkańców całej Polski, jest jedyne
w swoim rodzaju. Chce się je chłonąć w każdym calu, żeby nie umknął żaden
szczegół. Ale obserwacja Kairu do łatwych nie należy. Trzeba mieć bardzo
podzielną uwagę i stalowe nerwy. Jadąc przez miasto niejednokrotnie miałam
serce w gardle. Styl jazdy oraz zasady panujące na ulicy, a raczej całkowity
ich brak, są dla Europejczyka prawdziwą próbą nerwów. Jazdy Kairczyków nie
da się porównać z niczym. Na ulicach, a w szczególności na skrzyżowaniach,
panuje gigantyczny chaos. Światła, które nota-bene zauważyłam zaledwie na
kilku skrzyżowaniach, w praktyce nie obowiązują. Pasy, znaki, kodeks
drogowy, czy włączone światła lub używanie kierunkowskazów można włożyć
między bajki. To tylko zbędne elementy sztuki poruszania się po mieście. Do
tego dochodzi nieodłączny ryk klaksonów. W całym Egipcie obowiązuje swoisty
kod porozumiewania się tą drogą, praktycznie zastępujący wszystkie przepisy.
Każdy klakson oznacza co innego, jeden-powitanie, dwa-uważaj, trzy-zjeżdżaj
itd. Do tego wszystkiego należy jeszcze dodać 2 elementy, które złożą się na
całość obrazu. Jedną z nich są chodzące po ulicach osły, muły i konie, a
Gizie również wielbłądy. Drugą - wszechobecni mieszkańcy miasta,
przechodzący przez ulicę w absolutnie przypadkowym, losowo lub też celowo
wybranym miejscu.



MUZEUM EGIPSKIE

Przebijając się przez ten barwny i fascynujący na swój sposób zgiełk (a
podobno dziś nie ma korków!) dojeżdżamy do Muzeum Egipskiego. Przed
czerwonym budynkiem ze złotą bramą czeka na nas przewodnik - Arab mówiący po
polsku. Niby bez problemu można go zrozumieć, ale trochę śmieszny ten jego
polski - mieszanka z rosyjskim wzbogacona o dość osobliwy akcent na pierwszą
sylabę w każdym dłuższym słowie.

Przed wejściem trzeba zapłacić 10 LE za każdy wniesiony aparat i 100 LE za
kamerę. Znając te ceny wcześniej, zostawiamy ją celowo w autokarze a do
środka wnosimy2 aparaty. Nie opłaca się kombinować - sprawdzają dość
dokładnie każdą torbę, wracają każdego, kto chce wnieść nieopłacony aparat,
nawet gdyby był zepsuty lub bez obiektywu. Zdjęć można robić do woli, ale
bez flesza. Dlatego wcześniej przezornie zaopatruję się w film ISO 800.

Zwiedzanie z przewodnikiem w ciągu 2 godzin to pomyłka. Sam przewodnik
zaznacza, że gdyby przy każdym eksponacie zatrzymał się na 30 sekund,
musielibyśmy spędzić w muzeum 9 miesięcy. Zwiedzamy z nim zatem dolne
piętro, oczywiście bardzo wyrywkowo, a i tak zajmuje nam to ponad godzinę.
Na górę daje nam już wolną rękę, ale mamy już tylko 45 minut. Najważniejsze
to zlokalizować salę ze skarbami Tutenhammona. W ciemnym, klimatyzowanym
pomieszczeniu spędzamy dłuższą chwilę. Słynna, zrobiona z ponad 11 kg złota
maska faraona przykuwa uwagę i naprawdę trudno ominąć ją obojętnie. Równie
fascynująca wydaje mi się biżuteria zgromadzona częściowo w tej samej,
częściowo w sąsiedniej sali. Mamy ochotę na salę z mumiami, ale trzeba za
nią zapłacić dodatkowo 40 LE, o czym wcześniej nas nie informowano. Brak
czasu i żołądkowe kłopoty Krzysia ostatecznie decydują za nas.



"INSTYTUT" PAPIRUSU

Po wizycie w muzeum jedziemy do Gizy, gdzie niedaleko piramid znajduje się
jeden z licznych, tzw instytutów papirusu. Spędzamy tam około pół godziny.
Przewodnik pokazuje nam, w jaki sposób powstają malowane papirusy i jak
wytwarzano je w starożytności. Zasadniczo chodzi jednak wyłącznie o
komercyjny charakter tej wizyty. Mało kto decyduje się na zakup, ceny
odstraszają.

Następnie w położonej już bardzo blisko piramid restauracji jemy wczesny
lunch (podobnie jak bilet wstępu do muzeum, wliczony w cenę wycieczki).
Tradycyjny stół szwedzki, tradycyjnie bez smaku.



PIRAMIDY

Po lunchu uderzamy w kierunku piramid, które Giza wchłania sukcesywnie ze
wszystkich niemal stron. Trudno sobie wyobrazić, że piramidy, które na
sprytnie zrobionych zdjęciach z folderów czy pocztówek znajdują się na
środku pustyni, w rzeczywistości wtapiają się w niszczące je miasto. Na
piramidy mamy 45 minut. Zdecydowanie wystarcza, bo upał zaczyna się robić
nie do zniesienia. Fotografujemy skrupulatnie każdą z piramid i spacerkiem
okrążamy piramidę Cheopsa. O dziwo, liczni Arabowie na koniach i wielbłądach
oferujący przejażdżki lub pamiątkowe zdjęcia po horrendalnych cenach nie są
aż tak bardzo nachalni. Następne 5 minut spędzamy na tarasie z widokiem na
wszystkie piramidy i Gizę w tle. Zdjęcia w tempie Japończyków i szybciutko :
"yala, yala" - do autokaru, który zwozi nas do mieszkającego pod piramidami
Sfinksa. Wejście na teren jego posiadłości kosztuje kolejne 10 LE, ale bilet
mamy w cenie wycieczki. U Sfinksa spędzamy kolejne 10 minut no i generalnie
obowiązek turysty w Egipcie mamy spełniony. Przyznaję, że odczuwam pewien
rodzaj rozczarowania tym miejscem. Piramidy faktycznie są ogromne, trudno
sobie wyobrazić, że widać je wyraźnie z samolotu lecącego na wysokości 10
000 m. Ale to prawda. Ich ogrom przytłacza. Przy nich czuję się bardzo
maleńka. To, co budzi moje mieszane uczucia, to obraz piramid, jaki miałam w
głowie przed przyjazdem - nie przedstawiające pełnej rzeczywistości zdjęcia
z programów na Discovery, pokazujące piramidy wśród piasku, pozbawione
komercji, miejsce, gdzie prowadzi się badania naukowe. W pewnym sensie
wiedziałam, że jest inaczej, że miasto wdziera się co roku coraz bliżej, że
kilka tysięcy lat po prostu musi zostawić jakieś swoje piętno. Rozczarował
mnie kontrast wielkich kamieni z ogromną ilością betonu dookoła.



PERFUMY

Teraz pozostaje jeszcze jeden "obowiązkowy" punkt każdej wycieczki, czyli
"fabryka perfum". Jest to przestronny sklep pełen szkła i luster oraz
esencji będących wonnymi olejkami, całkowicie naturalnymi, jak powiadają
wszyscy sklepikarze.

Ponieważ nasz przewodnik nie radzi sobie jeszcze z przygotowaną mową na
temat perfum, wykorzystuje moją znajomość angielskiego i godzę się zostać
tłumaczką. Przedstawiciel sklepu opowiada w dość nudny sposób o
asortymencie, zaletach oraz kosmicznych cenach swoich towarów. Jak zawodowa
symultaniczna tłumaczka przekazuję naszej grupie wszystkie te informacje i
pomimo upału, odnajduję w tej czynności pewien rodzaj zabawy. Pozwalam sobie
czasem na prywatne wstawki o jakości towaru i wysokości cen. Cala grupa się
śmieje, właściciel pyta dlaczego, a ja robię głupią minę i proszę, żeby
opowiadał dalej, w środku nie mogę się jednak powstrzymać od śmiechu. Suma
sumarum nikt nic nie kupił. Kończymy darmową szklaneczkę carcade i
opuszczamy sklep. W zasadzie jest to oficjalny koniec dnia pierwszego.
Jednodniowi wycieczkowicze wracają do Hurgadady.



HOTEL

Tymczasem okazuje się, że na nocleg zostajemy tylko my i angielskie
małżeństwo - Anette i Paul. Mieli być jeszcze jacyś Niemcy, ale nękani przez
cały dzień "zemstą faraona" nie marzą o niczym innym jak o powrocie do
hotelu w Hurgadzie. Mimo to układ 2 na 2 wydaje się być całkiem sensowny.
Byłoby znacznie gorzej, gdyby okazało się, że zostajemy sami.

Autokar zawozi nas do hotelu "Middle East", gdzie żegnamy się z resztą
grupy. Hotel znajduje się w Gizie, jakieś 10 minut samochodem od piramid. Do
4* brakuje mu co najmniej z 1,5, ale "kogo to obchodzi" ! (1) Hotel nie
jest duży, choć w sumie ma 5 pięter. W gościnne progi wprowadza nas
niemiecko i angielskojęzyczny przewodnik, który zajmował się dziś resztą
grupy, kiedy my mieliśmy swojego polskiego przewodnika. Jest 17:45, o 18:30
umawia się z nami na tarasie 5 piętra, gdzie znajduje się restauracja.
Właściwie to już dach. Mamy więc czas na prysznic, o którym marzyłam mniej
więcej od momentu wejścia do nie klimatyzowanego muzeum, oraz na przebranie
się. Odkrywamy zatem uroki naszego pokoju.Jest to rodzaj apartamentu
zaczynającego się salonem połączonym z kuchnią a właściwie w pełni
wyposażonym aneksem. Umeblowanie wskazywałoby na dłuższy charakter pobytu.
Za salonem znajduje się łazienka z wanną, następnie mały korytarz a w nim..
następna łazienka. Apartament kończy się sypialnią z dużą szafą i
telewizorem. Niestety same arabskie stacje. I wydawać by się mogło, że
wszystko jest w jak największym porządku, nawet czystko, nie widać śladów
jakiegokolwiek robactwa, jest może ciut mało przytulnie, ale.. coś jest nie
tak. W pokoju jest dość głośno, klimatyzacja pracuje na najwyższych
obrotach, świeci się światło. Właśnie! Jest dopiero 18:00, a jakoś nie widać
światła dziennego. Nie ma okien, czy co? Są 2 okna, ale bardzo szczelnie
zasłonięte grubą wiśniową kotarą. Już rozumiem.. Po odsłonięciu kotary moim
oczom ukazuje się czerwono pomarańczowy szyb od windy lub kwadratowa studnia
o wymiarach 10 na 10m, na której dnie właśnie się znajdujemy. Jesteśmy na
samym dnie, choć, przypominam, nasz pokój mieści się na 1 piętrze. Poza
koszmarnym uczuciem znajdowania się na dnie szybu vel studni elementem
wzbogacającym widok z okna jest góra śmieci, która w owej dziurze zalega.
Nie ma co się rozczulać, nikt nie mówił, że będzie przytulnie, mimo wszystko
sądzę, że nie trafiliśmy najgorzej. Czyściutkie hotele bez takich widoków
znajdują się 500 km stąd, w Hurgadzie.

O 18:30 meldujemy się z Anglikami na dachu, gdzie po chwili kluczenia,
odkrywamy, dość dziwną powiedzmy, restaurację. Słońce schowało się już za
wyższymi blokami otaczającymi hotel, nawet tu nie opuszcza nas ryczący
dźwięk wszechobecnych klaksonów. Welcome to Cairo! Anglicy mają nawet własny
taras, ale dzięki temu cały zgiełk ulicy jest również u nich w pokoju. Nie
wiadomo, co gorsze..

Spotykamy przewodnika, który po kolacji przedstawia nam propozycję spędzenia
wieczoru. W zasadzie mamy 3 opcje, z czego jedna (zostanie w hotelu) odpada
w przedbiegach. Drugą jest wybranie się na laserowy show przy piramidach za
15 USD od osoby, dodatkowo płatna również możliwość fotografowania.

Wygrywa trzecia opcja. Kosztuje również 15 USD, ale za tą cenę czeka nas
wieczór pełen atrakcji. Niezapomniany, wspaniały wieczór w Kairze.



CAIRO BY NIGHT

O zmroku udajemy się samochodem pod piramidy. Nie idziemy jednak na płatne
miejsca w amfiteatrze, lecz do kawiarni znajdującej się dokładnie
naprzeciwko Sfinksa, po drugiej stronie ulicy na małym skwerku. Niewielka,
dwupiętrowa kawiarenka posiada na dachu taras i to właśnie stamtąd oglądać
będziemy show. Piramidy i Sfinksa widać doskonale. Zamawiamy więc miętową
herbatę aby ukoić nasze żołądki. W ten sposób słynne światło i dźwięk
oglądamy praktycznie za darmo, nie licząc herbaty po 5 LE. Prawdę mówiąc
show jest dość kiczowaty i mocno przereklamowany. Warto wpaść tu za darmo,
żeby zrobić kilka fotek, 15 USD za wstęp to mocno wygórowana cena.

Około 21:30 po zakończeniu spektaklu wsiadamy do busa i zaczynamy wieczorny,
trwający około godziny rajd po mieście. Kierowca wozi nas najdziwniejszymi
ulicami, od najbiedniejszych slumsów po bogate pasaże handlowe w centrum.
Mijamy liczne meczety, z których muezini nawołują do wieczornej modlitwy.
Ich śpiew miesza się z niekończącym się trąbieniem klaksonów. Wydaje się, że
to miasto nigdy nie śpi - i jest to w istocie prawda. Handlowe ulice pełne
kolorowych sklepów ze stałymi cenami, niemalże co drugi z nich to obuwniczy.
Ceny podobno mają wysokie. Nasz przewodnik mówi, że zaopatruje się raczej na
bazarach. Dochodzi 23:30 a ulice wciąż pełne ludzi. W zasadzie dopiero teraz
zaczyna się życie. Sklepy choć w teorii otwarte do 22:00, wciąż są otwarte i
pełne klientów.

Na każdym skrzyżowaniu ktoś próbuje wcisnąć/sprzedać cokolwiek podróżnym w
pojazdach - zegarki, chusteczki, naszyjniki z kwiatów jaśminu. Prawie
wciskają ręce z towarem do samochodu. Szczególnie ujmuje mnie widok starszej
kobiety, może 80-letniej i chorej, jak sądzę, która krąży między trąbiącymi
autami z naręczem jaśminowych naszyjników. Później żałuję, że nie kupiłam
choćby jednego. Kilka funtów dla niej byłoby górą złota, a naszyjnik zawsze
można było ususzyć na pamiątkę.

Po przeszło godzinie krążenia po kairskich ulicach docieramy do nad brzeg
Nilu, gdzie za chwilę rozpocznie się najprzyjemniejsza część wieczoru. Z
busa przesiadamy się do feluki - łódki żaglowej bez silnika, którą przez
kolejną godzinę pływać będziemy po rzece. Jest to naprawdę niesamowite
przeżycie i prawdziwy relaks po wyczerpującym i dłuższym niż za zwyczaj
dniu. Podziwiamy podświetlone na zielono i biało meczety nad brzegiem oraz
5* hotele pnące się nad wodą w górę do nieba. Szczególnie fascynuje mnie
okrągły, 20-30 piętrowy hotel Sheraton El Gezirah, który znajduje się na
wyspie pomiędzy dwoma odnogami Nilu. Bardzo chciałabym przenocować tam
choćby jedną noc, najlepiej na ostatnim piętrze i podziwiać panoramę tego
niesamowitego miasta. Pytam przewodnika, ile może kosztować nocleg w takim
hotelu, powiada, że koło 100 USD. Wydaje mi się to ceną zbyt niską, więc po
powrocie do domu sprawdzam w Internecie i oczom nie wierzę - pokoje już od
70 USD.

Od wody odbija się lekki chłodek, na pokładzie tylko 6 osób (z przewodnikiem
i sternikiem), łódeczka cichutko jak po maśle sunie po rzece, w tle słychać
śpiewy i nawoływania do modlitwy z meczetów, jakieś arabskie kawałki z
mijających nas statków, całe miasto świeci od iluminacji - wszystkie hotele
nad brzegiem, w tle meczety i domy, mosty i sklepy. Po prostu rewelacja !!!!

Nasz przewodnik przechodzi sam siebie. Opowiada nam o mieście już 3 godzinę
i widać, że wcale nie ma dosyć. Z wykształcenia archeolog, posiada tak
ogromną wiedzę, którą chce nam chyba przekazać w całości. Moja głowa zaczyna
parować od nadmiaru informacji.

Koło północy kończymy nasz błogi rejs i wracamy do hotelu. Mijamy ulicę, na
której znajduje się większość ambasad i przeprawiając się przez największy w
Kairze Most 6 Października, kierujemy się do Gizy. Nocny Kair jest naprawdę
fascynujący. Ledwo żywi padamy na łóżko. Przed nami krótka noc i kolejny
długi dzień w Kairze.





----------------------------------------------------------------------------
----

1) Nie mogłam sobie odmówić przytoczenia popularnie używanego przez nas, a
przede wszystkim naszą nową znajomą, Marylę, dowcipu, a raczej jego
kwintesencji, która od chwili usłyszenia, była obecna do końca wyjazdu.
Cytuję dowcip: "Ile orgazmów ciągu jednej nocy może mieć kobieta? A kogo to
obchodzi!" Jeśli ktoś nie widzi w dowcipie nic śmiesznego, to jest to
zrozumiałe, ponieważ jego śmieszność miała wartość w połączeniu tzw dowcipu
sytuacyjnego i sposobu, w jaki został opowiedziany.










Jacek

Posted: 17 Paź 2003 08:15:53





Pozwól Coriino, że w kilku kwestiach uściślę Twoją wypowiedź. Pozwalam sobie
to zrobić, gdyż firma, w której do niedawna pracowałem świadczy usługi
budowlane jako kooperant dużego koncernu z UE, ten zaś gości na stałe między
innymi również w Kairze. Niedawno wróciła grupa pracowników i dane mi było
zapoznać się z ciekawymi materiałami jak również usłyszeć ciekawe rzeczy z
ich kilkumiesięcznego pobytu.


Najpierw obowiązkowy
policyjny punkt kontrolny, jakich w trasie widzieliśmy co najmniej kilka.
Wszystko to podobno dla naszego bezpieczeństwa. Można by pomyśleć, że
znajdujemy się w państwie policyjnym, umundurowani, uzbrojeni strażnicy i
policjanci są na każdym kroku. Tak jest od przewrotu ekstermistów
islamskich

i zamachu terrorystycznego w Luksorze w 1997 roku, kiedy przed świątynią
Hatszepsut terroryści rozstrzelali kilkadziesiąt osób, w tym 58
zagranicznych turystów.

Z tego co usłyszałem powodem takiej ilości wojska i policji jest również to,
że w Egipcie od kilku lat panuje stan wojenny, spowodowane jest to
możliwościami jakie posiada prezydent, w stanie wojennym może praktycznie
jednoosobowo kierować całym zasobem militarnym państwa. Akurat ta informacja
pochodzi z przekazu ustego więc nie daje za nią głowy, jeżeli na grupie jest
ktoś kto może to potwierdzić lub zaprzeczyć to proszę :-)


Jedziemy obwodnicą, której Warszawa może Kairowi tylko pozazdrościć.
Wzdłuż

4 pasmowej autostrady ciągnie się dziwne osiedle czerwonych,
niedokończonych

domów. Po powrocie do Polski dowiaduję się od znajomego mieszkającego w
Kairze, że te budynki stoją tam w zasadzie nielegalnie, budowane są bez
żadnego planu zagospodarowania terenu, właściciele nie mają pozwolenia na
budowę. Domy są niedokończone, na ogół 2-3 piętrowe lub wyższe. Wystające
z

dachów druty świadczą o tym, że kolejne piętra czekają na ożenek
najstarszego syna, potem kolejnego itd. Wtedy ojciec dobudowuje kolejne
piętra.

Powodem jest również system ulg budowlanych, który obowiązywał poprzednio.
Był na tyle mało precyzyjny, że nie określał czasu trwania i zakończenia
inwestycji. Wielu bogatszych Egipcjan rozpoczęło inwestycje, kilkanaście lat
temu pozostawiając straszące i niedokończone budowle i cieszy się ulgami do
dnia dzisiejszego.

Kair wart jest ponad wszystko bacznej obserwacji, ponieważ to 12 milionowe
miasto, w którym mieszkać mogłaby 1/3 mieszkańców całej Polski, jest
jedyne

w swoim rodzaju.

Dokładniej w Kairze na stałe jest około 18 milonów mieszkańców, natomiast w
ciągu dnia liczba ta sięga 22 milionów.

To, że jest jedynym w swoim rodzaju nie podlega dyskusji :-)))

Z resztą między innymi to dzięki namowom kolegów pojechałem zobaczyć Kair i
nie żałuję ani sekundy tam spędzonej. Podczas pobytu mieszkałem w Hotelu
Europa (terytorialnie należy jeszcze do Gizy), któremu pomimo że ma
kategorię tylko 3* nie mogę nic zarzucić.

Pozdrawiam
Jacek






Corrina

Posted: 17 Paź 2003 08:59:48





Pozwól Coriino, że w kilku kwestiach uściślę Twoją wypowiedź.
(ciach)


Nie neguję ani nie zaprzeczam wszystkiego, o czym piszesz. Moje informacje,
między innymi dotyczące "niedokończonych osiedli" pochodzą od osoby na stałe
mieszkającej w Kairze (jednym słowem rodowitego Egipcjanina, swoją drogą
dość wysoko postawionego). Często zamęczam go na icq pytaniami o wszelkie
możliwe wiadomości dotyczące samego Kairu, jak i całego Egiptu. W sumie
najfajniej dowiadywać się "u źródła". A jak pewnie widać, bardzo mnie to
wszystko interesuje ;)

Z tym stanem wojennym to nie do końca tak, jak piszesz, ale dowiem się
czegoś więcej, to dam znać :)

Dokładniej w Kairze na stałe jest około 18 milonów mieszkańców, natomiast
w

ciągu dnia liczba ta sięga 22 milionów.
Podejrzewam, że ile źródeł, tyle liczb. Ja się kilkakrotnie spotkałam z tymi

12 mln, więc tyle podałam. W sumie zawsze można zajrzeć do rocznika
statystycznego :)

pozdrawiam i dzięki za uwagi
Kasia






Jacek

Posted: 17 Paź 2003 09:19:42






najważniejsze, że jedna informacja jest taka sama bez względu na źródło
mianowicie, że miasto jest niesamowite, niepowtarzalne i warto je zobaczyć
:-)))

Pozdrowionka
Jacek






 


użytkownicy
Czas ładowania strony (sek.): 0.565
miniBB.net © 2001-2010 Polityka Prywatności }{ kabarety komiksy pozycjonowanie stron giełda projektowanie stron internetowych poznań
...